The WeatherPixie Lilypie
Kategorie: Wszystkie | dzidziuś | robótki | smutki | suwaczek
RSS
czwartek, 29 maja 2008
Oliwka...

Wreszcie skończyłam tunikę/żakiet z Garn Studio znany również na Ravery jako Juliet. Mój jest w ślicznym zielonym kolorze (moim ulubionym), toteż nazwałam go sobie "Oliwka".



Właściwie ostatnią nitkę obcięłam kilka dni temu, ale nie miałam odpowiednich guzików ani też nastroju na wizyty w pasmanterii. Zawsze to jakieś wyzwanie i niepotrzebna pokusa, no nie.
Wczoraj jednak udało mi się zdobyć odpowiednie guziki i o dziwo nie nadwyrężyć portfela włóczkowymi zakupami (mała w tym moja zasługa, jako że guzikowy sklep nie oferował żadnych włóczek).



Muszę przyznać, że robiło się go bardzo przyjemnie, bo i kolor miły dla oka i włóczka przyjemna (ok. 40 dkg Wendy Supreme; 100% bawełna, 201m w 100g). Prawie całkowicie opierałam się przy tym na opisie z Garn Studio, chociaż nie obyło się bez drobnych modyfikacji. Jedynie pomysł na zapięcie zaczerpnęłam z Ravery. Wydało mi się bardziej interesujące.



Trochę nieskromnie przyznaję, że efekt końcowy nawet mi się podoba, co zdarza się bardzo rzadko kiedy robię dla siebie. Mam tylko nadzieję, żę będzie na mnie pasować kiedy urodzi się dzidzia. Jak na razie nie zakrywa mi brzucha.
wtorek, 20 maja 2008
Zdecydowanie potrzebuję modelki...

I to wcale nie musi być długonoga blondynka (czy brunetka). Może być taka plastikowa pannica, albo nawet pół pannicy. Byle tylko jakieś kształty były.

Ja w tej chwili przypominam duży nadmuchany balon umieszczony na dwóch dosyć chudych nogach i zupełnie nie nadaję się do jakichkolwiek przymiarek.
No chyba że do wypróbowania maści na opuchnięte nogi czy też innych podobnych specyfików.

W każdym razie zmierzam do tego, że kilka dni temu skończyłam tunikę z Phildara nr 471 (tak tak, tę co to wszyscy już wydziergali i pewnie dawno zapomnieli) i tu pojawił się pewien drobny problem. Jak tu sprawdzić czy bluzeczka dobrze leży?




Szans nie mam najmniejszych żeby się w toto teraz wcisnąć, chociaż profilaktycznie wydziergałam większy rozmiar od tego jaki nosiłam przed ciążą.
Nie znam tu też nikogo o podobnych do mnie gabarytach, tych przedciążowych oczywiście. W desperacji niemal zaczęłam zaczepiać ludzi na ulicy i prosić by przebrali się w moje rzeczy. W ostaniej chwili się opanowałam...
Ciąża ciążą, ale pewnie mogło by się to dla mnie nieprzyjemnie skończyć. Wyrozumiałość na ludzkie dziwactwa też ma swoje granice - nawet jeżeli tymi ludźmi są przyszłe mamy.
Nie pozostaje mi zatem nic innego jak czekać...

Tunikę robiłam z Patons 100% Cotton 4PLY (330m w 100g) szydełkiem nr 3 i 2,5. To bardzo miła w dotyku bawełna, przypominająca Alminę, chociaż chyba nieco bardziej miękka. Zużyłam jakieś 45dkg.

Schemat oczywiście trochę zmodyfikowałam. Przede wszystkim dlatego, że moja włóczka była grubsza od tej w opisie. Poza tym oryginalne rękawy przewidziane są chyba na jakieś wyjątkowo długorękie osoby (zwróciła już na to uwagę Dagny). Musiałam się trochę nakombinować. Wzór półsłupkowo - słupkowy umieściłam też nieco niżej, żeby dodatkowo nie podkreślać biustu. Zrzuciłam w tym miejscu kilka oczek, ale i tak nie dało to takiego wcięcia w talii jak bym chciała. Dlatego wdziałam tam tasiemki i w razie potrzeby trochę ściągnę.

A tak nawiasem mówiąc to nie da się ukryć, że jestem kilka sezonów do tyłu...
Wciąż mam w planach rzeczy, które wiele osób wydziergało w ubiegłym roku i od dawna się nimi cieszy. Niestety równie mocno podobają mi się ciuszki prezentowane w tegorocznych gazetach. Tylko kiedy ja je wszystkie wydziergam. Czarno widzę moje szanse. Gdybym jeszcze potrafiła tak śmigać drutami i szydełkiem jak Dagny, ale oczywiście daleko mi do tego.

niedziela, 11 maja 2008
Coś dla ciała...

Ania zupełnie nieoczekiwanie zaprosiła mnie do zabawy: "Podziel się tym co najlepsze".
A już myslałam, że się uchowam :) Kuchnia nie jest moim ulubionym pomieszczeniem w domu i raczej jej unikam. Oczywiście gotuję, ale nie znajduję w tym zbyt wielkiej przyjemności, nie mam też wielu popisowych dań (o ile mam jakiekowiek).

No, ale nie wypada się wykręcać (już raz nie odpowiedziałam na zaproszenie i strasznie mi z tego powodu głupio) zatem podzielę się przepisem na kotlety z piersi kurczaka. Zaznaczam, że danie to nie wygląda ani szczególnie spektakularnie, ani apetycznie. Zapewniam jednak, że jest zjadliwe a nawet całkiem smaczne.

Zupełnie nie wiem jak toto oficjalnie się nazywa. Przepis dostałam od mojej kuzynki, która wyciągnęła go od koleżanki z pracy, która z kolei zdobyła go od kogośtam...

Do upitraszenia kotletów potrzebne są:
  • pierś z kurczaka;
  • mączka ziemniaczana;
  • jajka;
  • natka pietruszki;
  • sól, pieprz, papryka czerwona; Vegeta;
  • zioła prowansalskie;
  • olej do smarzenia;
Na sosik/dressing potrzeny jest:
  • jogurt natruralny;
  • majonez;
  • czosnek;
  • zioła prowansalskie;
Surową pierś kurczaka kroimy w dosyć drobną kostkę i mieszamy z posiekaną pietruszką. Posypujemy do smaku papryką, Vegetą i pieprzem. Dodajemy zioła prowansalskie. Doprawione mięso mieszamy z jajkiem i mączką ziemniaczaną w proporcji około 1-1,5 łyżki na 1 jajko. Na 2 średniej wielkości piersi z reguły zużywam 2-3 jajka.
Mięsko jest gotowe do smarzenia :)
Na rozgrzaną patelnię łyżką wrzucamy przygotowaną "papkę", formując kotlety wielkości małych schabowych (albo według uznania) i smarzymy przez około pół minuty z każdej strony.

Sosik przygotowujemy mieszając jogurt naturalny z majonezem w proporcji mniej więcej 3 do 1 - chociaż tutaj należy wykazać trochę własniej inicjatywy i dostosować go do swoich preferencji smakowych. Dodajemy kilka ząbków wyciśniętego czosnku i sporą ilość ziół prowansalskich.
Gotowym sosem polewamy kotlety.

I gotowe :) Danie prawdziwie błyskawiczne.

Smacznego.

A na deser ustrzelę sobie kolejne 3 osoby i zaproszę do zabawy :D
No to może poproszę..............
Oto zasady:

1. Napisać na blogu przepis na swoje popisowe danie lub ciasto (foto mile widziane).
2.Wybrać 3 osoby blogujące i poprosić o podzielenie się ich najlepszym przepisem.
3.Ww. osoby poinformować o zabawie w komentarzach na ich blogach.
4. Zamieścic na blogu przepis oraz zasady zabawy.

piątek, 25 kwietnia 2008
Nadal zmagam się...

z ogromną potrzebą zakupu nowych włóczek. Wiem, że walka jest z góry przegrana i w końcu i tak coś kupię, ale jak na razie jakoś sobie radzę. Pomaga mi w tym na pewno fact, że wybór w najbliższej mi pasmanterii nie powala na kolana. Po za tym w tej chwili jestem strasznie duuuża i nie bardzo chce mi się robić dla siebie.

Idąc za przykładem Dagny, nadal robię czystki w swoich włóczkowych zapasach.

Z resztki jaka pozostała mi po zrobieniu białego sweterka, wydziergałam malutką czapeczkę i jeszcze mniejsze buciki.



Opis pochodzi z tej samej książki.

    
poniedziałek, 07 kwietnia 2008
U mnie zielono...

jak w Irlandii w Dzień Św. Patryka.


A wszystko z powodu porządków w moim kartonie z włóczkami.

Ostatnio odezwał się u mnie ponownie syndrom tzw. włóczkowego chomika, która to dolegliwość znana jest wszystkim dziewiarkom-maniakom i objawia się nieodpartą potrzebą posiadania coraz to nowych włóczek niezależnie od wielkości posiadanych zapasów. I nic to, że ze wszystkich szaf, koszyków i pudełek wysypują się akryle, moherki i bawełny...

Mój chomiczek siedział uśpiony, jak wirus opryszczki, by zaatakować ze zdwojoną siłą w czasie świąt, kiedy to czas pozwolił mi na pogrzebanie w Internecie i pozielenienie z zazdrości na widok prezentowanych tam cudeniek.
Ach, jak ja chciałabym to wszystko wydziergać...

Całe szczęście, że godziny mojej pracy nie pozwalają mi na wypady do pasmanterii w ciągu tygodnia, bo już dawno doszczętnie ogołociłabym swój portfel. A tak, żeby zagłuszyć małe gadzidełko, przeglądnęłam swoje zasoby i wygrzebałam dwa zielonej motki.

Skład włóczki nie jest mi znany, bo pamięć już nie ta, a banderolki dawno zaginęły. Wygląda mi ona jednak na zwykły akryl, tyle że milutki w dotyku i z lekkim puszkiem.

Włóczka okazała się na tyle wydaja, że starczyła na kocyk, sweterek i małego żółwika do kompletu.

Kocyk wydziegałam według własnego pomysłu. Nic nadzwyczajnego i pewnie mógłby być nieco szerszy, ale przyda się do wózka.


Opis na żółwia znalazłam na stronie knitty.com i zupełnie nie mogłam mu się oprzeć.


A swetek spapugowałam z archiwalnego numeru Bouton D'or (niestety nie pamiętam którego). Brakuje tylko guzików... Wizyta w pasmanterii jest więc nieunikniona.



wtorek, 01 kwietnia 2008
Weekendowy sweterek...



Wiem, wiem - nie ma się czym chwalić.
Ja się tutaj ekscytuję takim maleństwem, a takie zdolne bestyjki jak Zdzid czy Dagny potrafią w ciągu dwóch dni wydziergać sweter dla dorosłej osoby.

A moje dziełko jest miniaturowe i znacznie więcej czasu niż jego dzierganie zajęło mi zszywanie poszczególnych części. Zwłaszcza, że oprócz tyłu, przodów i rękawów, osobno robi się ozdobną koronkę.



Zużyłam na nie niecałe 90g kremowej włóczki o wdzięcznej nazwie Big Value (jak sama nazwa wskazuje cena atrakcyjna).

Sweterek pochodzi z książki Natural Knits for Babies and Moms autorstwa Louisy Harding i nazywa się Jamine Lace Edge Cardigan.
Tak swoją drogą, to nawet mi się podoba nadawanie "imion" wydzierganym rzeczom. Muszę tego kiedyś spróbować.

Moje maleństwo teoretycznie przeznaczone było dla bobaska od 0 do 3 miesięcy, ale w rzeczywistości wyszło dosyć małe i zapewne zupełnie nie praktyczne. No cóż, chciałam mieć jeden malusi sweterek tak na wszelki wypadek.

piątek, 28 marca 2008
Święta święta...

I po świętach...
Jak zwykle minęły niepostrzeżenie - głównie na podjadaniu i oglądaniu telewizji.

Nie obyło się też bez dziergania, chociaż z uwagi na gości, nie miałam na to zbyt wiele czasu. Przed świętami znowu popełniłam kilka kaczątek/kurczaczków, z których spora część powędrowała do moich znajomych z pracy.



Poza tym skończyłam wreszcie ciążowy sweterek według własnego pomysłu.



Na rękawach i przodzie wykorzystałam wzór z robionej przez Dagny bluzeczki, a pod biustem wydziergałam jedną z moich ulubionych plecionek.
Niestety, ponieważ jestem już bardzo duuuża, nie wyglądam w tym sweterku/tunice zachwycająco i pewnie go nie ponoszę.
niedziela, 16 marca 2008
Wkrótce święta...

i wreszcie będę miała chwilę żeby coś napisać na blogu.

A na razie...


niedziela, 10 lutego 2008
Ostatnio dziergam...

na różowo.
I już chyba jest jasne, że spodziewamy się dziewuszki.
Przynajmniej tak nam powiedziano na ostatnim USG.
No chyba, że dzidziuś zrobi nam niespodziankę i okaże się chłopczykiem :)



Prościutki sweterek robiłam według własnego pomysłu drutami nr 2,5 z mięciutkiego akrylku kupionego tutaj w Swindon. Jedyną jego ozdobą są małe serduszka u dołu i wydziergane z kontrastowej włóczki ściągacze. Nie muszę chyba mówić, że nie zajęło mi to zbyt wiele czasu.



Opis na buciki znalazłam natomiast na blogu Saartje. Właściwie to natknęłam się na nie na nieocenionym ravery, do którego zostałam zaproszona jakiś tydzień temu. Jak tylko je odkryłam to zakochałam się bez pamięci i po prostu musiałam takie mieć :)



Różowy nie jest moim ulubionym kolorem, ale to zestawienie chyba jest okay.

piątek, 08 lutego 2008
A w Swindon wiosna...
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18