The WeatherPixie Lilypie
Kategorie: Wszystkie | dzidziuś | robótki | smutki | suwaczek
RSS
wtorek, 07 sierpnia 2007
Dokonałam pierwszego włóczkowego zakupu...

za granicą i mam w związku z tym pewne wyrzuty sumienia. Nie mam jeszcze nawet stałej pracy a już wydaję pieniądze. Ale cóż, nałóg był silniejszy ode mnie :(

Właściwie pierwszym sklepem za jakim się tu rozglądałam była pasmanteria. Ta, którą odkryłam w Swindon, jest malutka, ale pełna pięknych włóczek. Odwiedzałam ją kilka razy, ale dzielnie się trzymałam i poprzestawałam na oglądaniu.
Dopiero kiedy w miasteczku, w którym obecnie pracuję przypadkowo wpadła mi w ręce mięciutka, fantazyjnie barwiona skarpetkowa włóczka, poddałam się i kupiłam.



Jeszcze będąc w Polsce z zazdrością oglądałam angielskie i amerykańskie blogi robótkowe i podziwiałam śliczne pasiaste skarpetki. Jakże więc mogłam się oprzeć, kiedy podobna włóczka znalazła się w zasięgu mojej ręki?
Wiem, wiem. Za cenę tego motka kupiłaby sobie ze trzy pary gotowych skarpetek, ale przecież nie o to chodzi. Cała przyjemność tkwi w robieniu i każda maniakalna dziewiarka taka jak ja to rozumie.



Już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę z niej dziergać skarpetki dla mojego Daniela. Niestety prawie wszystkie druty (w tym pończosznicze) zostawiłam w Polsce i czekam, aż do mnie dojadą w aucie znajomego.
Włóczka składa się w 75% z wełny i 25% z nylonu i ma 420m w 100g i według dołączonego do niej przepisu, wystarczy na jedną parę średniej wielkości skarpetek.
sobota, 04 sierpnia 2007
Domki jak ule...

tak określiła tutejsze budynki nasza znajoma.
I poniekąd ma rację.

Swindon, jak się zorientowaliśmy, zabudowane jest jednopiętrowymi, szeregowymi domkami. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że owe domki są w stosunku do swej wysokości nieproporcjonalnie wąskie.



Rzeczywiście tochę przypomina to ustawione w szeregu ule :)
czwartek, 26 lipca 2007
Okazuje się, że...

jestem Petunią :)

I am a
Petunia

What Flower
Are You?


You are a tried and trusted friend who will be there for your friends when they need you. But you have a tendency to be nervous about doing things that go against the norm.

Zerknęłam na stronę podaną przez Agnieszkę i tak wyszło.
poniedziałek, 23 lipca 2007
Swindon zgotowało nam...

niezwykle mokre powitanie.
Takich ulew jak piątkowa podobno nawet najstarsi angielscy "górale" nie pamiętają. Właściwie nie padało szczególnie mocno, nie było to jakieś oberwanie chmury czy coś w tym rodzaju. Tyle że lało caaałą noc i caaały dzień bez przerwy.
W rezultacie w miejscach ulic i parkingów pojawiły się małe jeziorka, wiele zakładów pracy przestało funkcjonowć, a na dodatek wyłaczyli nam prąd.
Prawdziwa Kraina Deszczowców.
niedziela, 22 lipca 2007
:) :) :)

Ania ma tę bluzeczkę, Vampirek ma tę bluzeczkę, Iza ma tę bluzeczkę...
Wszyscy mają tę bluzeczkę. Mam i ja!



Chodzi oczywiście o topik z czerwcowej Sandry.
To była, można powiedzieć, "miłość od pierwszego wejrzenia". Dodatkowo zachęciły mnie cudeńka wydziergane przez blogujące dziewczyny. Okazało się, że bluzeczka wygląda świetnie niezależnie od kolorku i włóczki z jakiej jest zrobiona.

Moja powstała z szarej Sonaty (ok 22 dkg) na drutach nr 2,5.
Biedna włóczka przeleżała w szafie ponad rok w oczekiwaniu na swój dzień.



Nie obyło się oczywiście bez drobnych modyfikacji wzorku. Podarowałam sobie rozcięcie przy dekolcie i skróciłam topik o kilka centymetrów.

czwartek, 19 lipca 2007
I znowu nas rzuciło "za wodę"...

tym razem za tę mniejszą.
W rezultacie wylądowaliśmy w małym angielskim miasteczku Swindon.
I tak jak Ania w Irlandii, my tutaj od razu poczuliśmy się dobrze. Mam więc nadzieję, że w końcu odnajdziemy to nasze miejsce na ziemi i przestaniemy się tułać po świecie.
czwartek, 12 lipca 2007
Zostałam wywołana...

do torebkowej zabawy :)
Trochę trwało zanim zebrałam się do odpowiedzi, ale w moim życiu znowu się poplątało i nie miałam do tego głowy.

Dziś wreszcie postanowiłam odpowiedzieć i z pewną nieśmiałością zerknęłam do mojej ulubionej torebki. Bałagan jaki tam zastałam nieco mnie przeraził.

Znalazłam:
  • stos nikomu nie potrzebnych rachunków, biletów i karteczek z notatkami (czyj jest ten numer telefonu?);
  • kilka wizytówek (namiętnie odwiedzam agencje pośrednictwa nier.);
  • 3 długopisy (w tym jeden w stanie kompletnego rozkładu);
  • kalendarzyk z grubaśnym notatnikiem i gazetowym zdjęciem fajnej fryzury;
  • zielony (optymistyczny?) portfel zwykle pustawy niestety;
  • lustereczko (powiedz przecie...);
  • pachnące miętą chusteczki higieniczne;
  • w połowie zużyta ochronna szminka do ust;
  • trochę pomazane okulary przeciwsłoneczne;
  • pęczek kluczy z dopiętym łosiem - breloczkiem
iiiiii...
  • schemat topu, który obecnie robię.

To stąd--->

A do torebkowej zabawy zapraszam:
wtorek, 03 lipca 2007
Pozazdrościłam...

Dagny i Vampirkowi ich phildarowych topików!
I chociaż nie znoszę robić samych słupków, bo to takie nudne, z uporem maniaka dłubałam jeden za drugim.
W efekcie powstała moja wersja bluzeczki z karczkiem.



Zaliczyłam ją do "odzienia wieczornego", bo z racji swego koloru nie bardzo nadaje się na letnie upały. Z drugiej strony nie jest na tyle wytworna, by stać się bluzką wieczorową. Zatem mam zamiar ją nosić wieczorem, ale nie Na Wieczór.
Myślałam wprawdzie o przyszyciu do karczka kilku czarnych koralików, ale uznałam, że sam w sobie jest bardzo ozdobny i zostawiłam go bez zmian.




Wiem wiem, przydałoby się kilka wizyt w solarium... W tej chwili kontrast między moją skórą a topikiem jest tak wielki, że razi w oczy. Lato w pełni, a ja wciąż jestem mleczno-biała.

Moja szalona bratanica...

ostatnio też sprawiła sobie coś nowego.
Oznajmiła mi, osobie "zupełnie nie na czasie", że bardzo modne są teraz irokezy. Wprawiło mnie to w lekko nostalgiczny nastrój. Przypomniałam sobie bowiem jakie reakcje w tzw. starych, dobrych czasach wywoływali moi koledzy - punki na ulicach Torunia. Ja sama nigdy nie nosiłam grzebienia, miałam długie, proste włosy. Za to chłopcy eksperymentowali ze swoimi głowami w prawo i lewo, co niewątpliwie było ciekawe, ale nie zawsze schludne i estetyczne.

Wracając do mojej bratanicy...
Kasia, jak większość nastolatek, jest nieco zbuntowana, a do tego bardzo silna i odważna. W ostatnią sobotę postanowiła trochę zaszaleć i oto jak wyszła od naszej zaprzyjaźnionej fryzjerki:



Muszę przyznać, że fryzura, choć dzika i wyzywająca, bardzo mi się podoba.
Ma też swoją "szkolną" wersję, nieco ugładzoną i znacznie spokojniejszą.
środa, 27 czerwca 2007
Już wiem dlaczego...

tak wolno idzie mi robótkowanie!
Zamiast grzecznie siedzieć w domu i dziergać, ciągle gdzieś "lofruję" (to ulubione słowo mojej ś.p. prababci).

W weekend znowu odwiedzilismy mojego brata w malowniczej miejscowości o niedwuznacznej nazwie Tumidaj. Pojechaliśmy w Bardzo Ważnej Sprawie, ale jak zwykle nie obyło się bez zabawy. Tym razem załapaliśmy się na coroczną imprezę organizowaną z okazji odpustu w Kuśniu. Zaczęło się od uroczystego obiadu, a skończyło na wielkim ognisku nad wodą,



gdzie dowiedzieliśmy się co w stawie piszczy... a raczej skrzeczy.




W międzyczasie rzecz jasna "dudlałam" (to z kolei ulubione słowo mojego taty).

Zawsze, ilekroć jedziemy do Tumidaja, zabieram ze sobą jakąś robótkę. To już stało się swego rodzaju tradycją i nie wywołuje żadnych złośliwych uwag ze strony pokątnych obserwatorów. Wręcz przeciwnie, wszyscy są mili i z zaciekawieniem pytają co jest na świeczniku.

Dzięki temu udało mi się skończyć tuniczkę, którą tutaj prezentuje moja bratanica (na mnie bluzeczka jest trochę dłuższa).



Wyszło około 20dkg kremowej Perle5, a robiłam szydełkiem nr 2.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18